Michał Perchuć

MÓJ GROCHÓW

 

01.jpg
02.jpg
03.jpg
04.jpg
05.jpg
10.jpg
07.jpg
08.jpg

09.jpg

06.jpg

           Zawsze szukałem środka wyrazu plastycznego, który byłby w stanie odwzorować  mój sposób widzenia najbliższej perspektywy, oddać nierzeczywisty nastrój rzeczywistości. "Mój Grochów" tak nazwałem te zdjęcia, dzielnica Warszawy, w której mieszkam od urodzenia. Być może większość "grochowian" nie zobaczy tu ani śladu swoich okolic, gdyż moje obrazy są na to zbyt osobiste - moje impresje przeniesione na papier dzięki technice gumowej. Zawsze fascynowały mnie zapomniane zaułki wielkich miast, dzielnice fabryczne, kolejowe, robotnicze - niecodzienna estetyka zapomnianych ulic.

        Gumą zająłem się na początku lat 80. Ogromne wrażenie zrobił na mnie wieczór autorski Witolda Dederki. Stwierdziłem wtedy, że "to jest właśnie to". Fotografią zajmowałem się już wcześniej, więc znajomość procesu czarno-białego pozwoliła mi na natychmiastowe przystąpienie do gumy. Niezbyt przychylne nastawienie do technik swobodnych ówczesnego świata fotograficznego, posądzanie NAS (czyli gumistów, bromolejarzy, pigmenciarzy itd.) o wpływy polskiego postimpresjonizmu, zarzucanie nam "piktorializmu" (tak, tak... to dziwne słowo pojawiało się wtedy często w prasie fotograficznej) nie zachęcało do pracy. Prawie całkiem zarzuciłem gumę na początku lat 90. Teraz, gdy materiały i chemikalia są dostępne w pełnym wyborze, gdy można się swobodnie wystawiać, gdy można znaleźć gumiarzy za pośrednictwem internetu i wreszcie, gdy mamy stronę poświęconą polskiej gumie (tu ukłon w stronę administratora, twórcy strony i jednocześnie gumisty) mam nadzieję, że wrócę do tej wspaniałej techniki.

 

Warsztat autora.

        Technika gumy jest dla mnie fascynująca. To nie jest chemia, TO JEST ALCHEMIA! Własne, tylko sobie znane receptury, dziwne akcesoria, moździerze, pędzle, wałki, szpatułki, buteleczki z różnymi płynami, kolorowe pigmenty, karton schnący na sznurku, wielkie negatywy, kopioramy, no i to naświetlanie na słońcu, za które sąsiedzi uważają mnie za nieco odstającego od pionu. A potem ... obraz wynurza się w... zwykłej wodzie... Czary...

        Nie będę się tu rozwodził na temat samej techniki, bo jest opisana na tej stronie doskonale. Nie starałem się nigdy zbytnio sprecyzować ilościowo procesu gumowego. Nigdy też nie stosowałem rozwiązań drastycznie odbiegających od książkowych przepisów. Za jednostkę miary stosuję łyżeczkę od herbaty. Jedynie roztwór gumy sporządzam zawsze w stałym stężeniu, roztwór dwuchromianu - zawsze stężony. Papier gruntuję zawsze żelatyną  i potem garbuję roztworem formaliny. Jako pigmenty najczęściej stosuję zwykłe szkolne plakatówki. Do zmatowania - ziemię okrzemkową. Warstwę nakładam pędzlem i wałkiem. Naświetlanie - czym się da: słońce, świetlówki, lampa rtęciowa. Wywoływanie silnym strumieniem wody. Negatywy dla tej kolekcji gum sporządzałem na różnych materiałach. Przede wszystkim na papierze fotograficznym. Niektóre nasycałem olejem, aby zapewnić im większą przejrzystość. Część - na błonach, a zdarzyło się nawet na błonie rentgenowskiej. Przeważnie dla jednej gumy robię 2 negatywy - dla cieni i dla świateł. Lub czasem - jeden negatyw - wtedy kontrastowość kolejnych warstw reguluję ich składem. Moje gumy są przeważnie dwuwarstwowe. Jako podłoże stosuję zwykły blok techniczny lub brystol. Używam kopioramy własnego pomysłu.

ă Copyright by Michał Perchuć